Pogrzeb Jarogniewa Drwęskiego, nadburmistrza Poznania w latach 1918-1919 oraz prezydenta miasta w latach 1919-1921, na cmentarzu staroparafialnym św. Wojciecha na stoku Cytadeli.

Drwęski w przeszklonej trumnie, wystawionej w ratuszu. Zdjęcie z archiwum Drwęskich (zdeponowane w Bibliotece Raczyńskich) za: W. Łazuga, "Portret rodziny z herbem we wnętrzu", Poznań 2018, s. 255.

We wrześniu 1921 r. poznaniacy byli świadkami wspaniałego widowiska – teatru śmierci i żałoby. Kirem przystrojono wiszące w oknach narodowe flagi. Uliczne lampy gazowe – czarną krepą. Ten „królewski pogrzeb” był emanacją ówczesnej „poznańskości”. W kondukcie szli przystojni oficerowie 15. Pułku Ułanów PoznańskichBamberki strojne w krynoliny, wąsaci bracia kurkowi i grubaśni mistrzowie cechów, uczniowie starego gimnazjum Marii Magdaleny, chóry i orkiestry oraz… Cygan z katarynką i przysypiającą z nudów małpą. Dzwony archikatedry, fary, świętych Marcina i Wojciecha zagłuszały marsz żałobny Chopina… Na wieczny spoczynek ulicami śródmieścia, ku cmentarnemu stokowi Cytadeli, udawał się pierwszy prezydent wolnego Poznania, Jarogniew Drwęski (1875-1921).

PORÓWNAJ:

"Dziennik Poznański", 16.09.1921, nr 194, s. 6.
"Dziennik Poznański", 16.09.1921, nr 194, s. 5.
Jerzy WaldorffFidrek, Warszawa 1989, s. 25 i nast.

(…) w pamięci na zawsze utkwiła mu jeno z wieloma szczegółami wczesnojesienna (…) śmierć prezydenta miasta, pierwszego własnego, odkąd Poznań miał przywróconą swą polską niepodległość. Ceremonii pogrzebowej mógł się przyjrzeć tym dokładniej, że w orszaku żałobnym szło także gimnazjum Marii Magdaleny, również i jego klasa.
Uroczystości rozłożono na dwa dni. Pierwszego – wystawienie ciała w ratuszu, drugiego – kondukt. Społeczeństwo było tą śmiercią bardzo przejęte. Bo jakże; tak niedawno wybrany, człowiek pełen sił, i już go nie ma?… W tym nagłym zgonie wietrzono nawet ostatnią intrygę przepędzonych Niemców i dlatego, wedle zgodnej opinii, żałoba winna być też manifestacją. Zarówno patriotyczną, jak miłości do zmarłego prezydenta.
Ciało można było nawiedzać od rana do popołudnia, zaś Fidrkowa klasa miała tam być, czyli najpierw zgromadzić się przed ratuszem, o pierwszej. Trumna stała na wysokim katafalku pomiędzy słupami pięknej sali renesansowej, z której stropu, z kasetonów zdawały się witać uśmiechem przybyłych różne postaci symboliczne, także zwierzęta, ale dziś ich ten uśmiech należał do smutnych. Katafalk obłożono, aż po samą podstawę trumny, wieloma różnymi wieńcami, a na ich szarfach czytało się nazwy instytucji, co je były przyniosły. Zresztą coraz to ktoś składał jeszcze u podnóża tej kwietnej piramidy nowe bukiety – dowody współczucia i żalu.
Kiedy Fidrek znalazł się w kręgu ludzi defilujących przed trumną, ogromny bukiet, może cechowy, starał się położyć na ziemi bardzo gruby, wąsaty pan w czerni, a szło mu to nadzwyczaj opornie, z sapaniem i chwianiem się takim, jak gdyby w ślad za bukietem sam chciał lec u stóp szefa miasta, aby w takiej pozycji dłużej go opłakiwać. Jakoś się przecie wyprostował, a tuż za nim lekkim krokiem podszedł z kwiatami młody człowiek, pewno student, może w imieniu Bratniej Pomocy, dając pokaz, jak trzeba manifestować hołd zmarłemu z wdziękiem i bez wysiłku. Patrzył przy tym z wyrozumiałą sympatią na cofającego się od katafalku opasłego rzemieślnika, a gdy sam odchodził, uśmiechnął się do zmarłego, po czym jeszcze omiótł promiennym spojrzeniem dwuszereg po obu bokach trumny modlących się młodych księży, może kleryków z seminarium przy Katedrze. Odmawiając pacierze ruszali wargami tak szybko, jak gdyby w mistycznym porozumieniu z niewidzialnymi wysłannikami zaświatów omawiali pospiesznie ostatnie szczegóły przyjęcia dostojnego zmarłego w niebie, iżby wypadło na poziomie ambitnych oczekiwań miasta.
W szeregu krzeseł przed katafalkiem siedziała rodzina prezydenta, kobiety w ciężkiej żałobie, a ta część krewnych akurat się wymieniała z następną: cicho, poważnie, ze spuszczonymi głowami. Obywatele powinni byli widzieć, że nieboszczyka opłakują także najbliżsi, ale przecież trudno było wymagać, żeby wdowa i dzieci, umęczeni wcześniej czuwaniem przy łożu konającego, trwali pod katafalkiem od rana nieprzerwanie. Wśród podziwiających ołtarz śmierci starszych kobiet słychać było szepty, gdy patrzyły w martwe oblicze:
– Jaki piękny! Jak żywy…
Ostatnie komplementy przekazywane zmarłym, zanim ich ciała w mrokach trumien zaczną być zniekształcane okropnym procesem rozkładu. Tymczasem Fidrkowi zdało się, że nie ogląda człowieka z zamkniętymi oczyma, lecz jego wyrzeźbioną podobiznę z marmuru. Tylko włosy były ciemne, a reszta wychudzonej twarzy nawet nie koloru …wosku, ale biała, gdyż prezydent chorował na krwawą dyzenterię i kiedy umierał, musiał mieć żyły już całkiem puste. Przynajmniej tak rozpowiadano ze współczuciem po mieście.

Nazajutrz pogrzeb. Uczniowie Marii Magdaleny zgromadzili się i ustawili klasami już w gimnazjum, a w miarę tego, jak się przybliżali do Rynku, iść było coraz trudniej, taki panował tłok. Dużo ludzi przybyło spoza miasta, całe wiejskie delegacje, a najbardziej, choć szeptem – bez achów i ochów – zachwycano się bamberkami w czarnych taftowych krynolinach, białych fartuchach, zaś wyżej aksamitne gorsety barwnie i bogato wyszywane, a wszystko razem koronowały podwiązane pod brodami czepce, jak zwiezione do miasta całe małe ogródki – wspaniałe! Przystrojone wieśniaczki zdawały sobie sprawę, jakie robią wrażenie, i były dumne, choć na swe twarze nie dopuszczały uśmiechów: żałoba!
Mężczyźni, z wyjątkiem tych w różnych mundurach i strojach cechowych, wszyscy na czarno, wiele kobiet z twarzami osłoniętymi krepą i krepą owinięto zapalone latarnie, a z domów zwieszały się czarne chorągwie lub narodowe opuszczone do pół drzewca. Mimo rosnących tłumów nie było zamieszania, bo tu zawsze ceniono sobie porządek, a zresztą w utrzymaniu ładu pomagali wojskowi. Przeszli świeżo powstanie, kiedy oswobadzali miasto, pierwsze w dziejach kraju udane powstanie, więc uważali, że teraz należy im się objęcie komendą pogrzebu i że z tym dadzą sobie radę, jak trzeba. Rzucali rozkazy półgłosem, ale stanowczo, twarze mieli poważne, brwi zmarszczone, a Fidrek myślał, że niektórzy przypominają księcia Józefa, jak się rzuca do Elstery, z obrazu nad biurkiem ojca w Rękawczynie.
Oglądał ceremonię w polu bardzo ograniczonym, z szeregów szkoły, która miała iść w kondukcie czwórkami, a teraz stała w ulicznym narożniku czekając, aż dostanie sygnał marszu. Widział przeto wydarzenie we fragmentach, czasem zaskakujących, jak gdy ujrzał Cygana z katarynką i małpą, który przyszedł, bo też chciał obejrzeć posępną ową paradę. Oczywiście nie grał, ludzi nie zwoływał, a małpa korzystając z okazji drzemała na katarynkowej skrzynce. Dlatego pozwolono im zatrzymać się przy trotuarze. Nikt po prostu nie zwracał na nich uwagi, skoro wokół działo się tyle ciekawszego.
Szkoły ustawiono dość blisko wyjścia z ratusza i okazale żałobnego karawanu, zaś tuż obok maszerowały to w jedną, to w drugą stronę cechy, nim powstała ich barwna szachownica, zgodnie z planem całości, opracowanym wcześniej w urzędzie świeżo specjalizującym się w tego rodzaju masowych demonstracjach, więc było widać kilku panów w anglezach z jedwabnymi wyłogami, jak się zaaferowani rozglądali po Rynku, uzgadniając różne organizacyjne szczegóły z wojskowymi –
bezpośrednimi wykonawcami planu.
Wśród cechów i organizacji społecznych nadzwyczajnym zgoła blaskiem przyćmiewało
resztę Bractwo Kurkowe w paradnych ubiorach staropolskich, z kołpakami na głowach, mając z przodu złotego kura na drągu, zbrojne w muszkiety, lśniące też dobrze podpasionymi obliczami, podkręcające wąsy, zabójcze! Inne wszelako zrzeszenia też nie były od macochy, zwłaszcza cechy ze swoimi insygniami, sztandarami, a wszystko teraz poważne, zadumane nad sprawami życia i śmierci.
Trwałoby tak podniośle aż do samej chwili wyruszenia konduktu, gdyby jeden ze straży mundurowej nie dostrzegł Cygana z małpą i nie ruszył gwałtownie w tamtą stronę. Małpa na pogrzebie?…
— Zmiataj stąd, ale zaraz!
Cygan nie widział w swojej obecności nic złego.
— Co ja panu przeszkadzam?
Mundurowy nie chciał tolerować oporu, aliści gdy zbliżył się do katarynki zanadto, przebudzona małpa wyszczerzyła nań zęby, czemu odpowiedział stłumiony duchot dokoła.
— Już ja ci pokażę!
Rozsierdzony stróż ładu gotował się do chwycenia Cygana za kołnierz i kto wie, jak by się to skończyło, gdyby spod ściany ratusza nie zabrzmiał Marsz żałobny Chopina. Grała orkiestra Straży Pożarnej bardzo smutno, a z tremy wobec takiego audytorium też i trochę fałszywie. Wszystko zastygło, głowy odwróciły się w tamtą stronę. Z ganku ratusza schodzili biskupi w infułach, kapach, z pastorałami, a w ślad za nimi radni miasta, i zaraz widać było, jak bardzo mozolą się pierwsi wyznaczeni do tego zadania żałobnicy, aby znieść równo połyskującą srebrem trumnę w dół po stromiźnie, co groziła katastrofalnymi potknięciami. Dopiero kiedy byli na trotuarze, przystanęli z ulgą, za czym poprawili śmiertelny ciężar na barkach i ruszyli do karawanu.
Zjawienie się w portalu ratusza trumny podziałało na zebrane organizacje, jak gdyby ktoś – przekręciwszy niewidoczny włącznik – puścił obiegiem po Rynku elektryczny prąd, który wstrząsnął ludźmi i zmusił do natychmiastowego działania: powoli, choć w wielkich nerwach. Cicho, gwoli porozumienia, wojskowi przerzucali się półsłówkami lub niemymi zgoła gestami z dawna omówionej komendy, lecz teraz nagły strach (aby się tylko udało, o Boże!) jak gdyby sparaliżował wszystkich tak, że pospólne manewry coś w sobie miały ze zwolnionych odruchów we śnie.
Nawyk porządku wziął jednak górę i po jakiejś chwili kondukt ruszył składnie: na czele wyższe duchowieństwo i dwuszeregiem zakony, potem karawan, rodzina, dostojnicy, szkoły, cechy, w samym tyle pół miasta pragnącego zamanifestować swój udział w ceremonii, a gdy frontalne duchowieństwo podjęło pienia żałobne, ze wszystkich kościołów odezwały się dzwony. Najgłośniej słychać było te z Fary, ale za nimi w tle odzywało się wiele innych: katedralne ze Środki, z górnego miasta Święty Marcin przedzwaniał się ze Świętym Wojciechem.
Fidrek ze szkolnego szeregu widział karawan i słyszał też orkiestry, jak się mieszały nieskładnie dźwiękami tego samego marsza Chopina. Jedna tylko grała powoli i smutno „Gdyby rannym słonkiem”, w zbożnej chęci zapewne, żeby druga była jeszcze melodia pięknie żałobna, a przy tym polska.
Kiedy zaś Fidrek szedł i myślał sobie, przyszło mu raptem do głowy, że może on sam kiedyś tak zostanie odprowadzony na cmentarz i że za jego trumną będzie szła, oczywiście najbliżej, zmartwiona mama, bo już oto nie ma jej syna. Przybierany w myślach coraz innymi żałobnymi szczegółami obraz ten rozrzewnił Fidrka, to prawda, ale nie bez tkliwego zadowolenia, że takim przynajmniej sposobem odzyskałby mamę i znowu miał ją przy sobie, chociaż za ścianą trumny.
Podczas owego właśnie Fidrkowego rozmyślania maszerujący obok zły Michał zdecydował się przerwać nudę pogrzebu niegodziwym zaiste, nikczemnym żartem. Widząc zagapienie się Fidrka, krótkim, nagłym ruchem podstawił mu nogę, więc Fidrek przewrócił się na bruk jezdni, po której maszerowała czwórkami szkoła, i byłby wprowadził w jej pochód sporo zamętu, gdyby się nie zerwał natychmiast, choć kolano obtłuczone miał do krwi, a bolało tak, że odtąd szedł kulejąc.
Złośliwy postępek kolegi podwójnie dał Fidrkowi odczuć samotność serca, chociaż znajdował się w tłumie, i dopiero to rozżaliło go dostatecznie, aby zaczął płakać. Niegłośno, hamując się… Łzawy i okulały wędrował z twarzą wykrzywioną na poły cierpieniem duszy i nogi. Od lewego ucha dobiegł go rechot Michała, a z prawej strony usłyszał, co mówiły przyglądające mu się z chodnika dwie kobiety:
– Biedny chłopak! Może to wnuk nieboszczyka?
– Co też pani!… Gdyby on był wnuk, to był szedł bliżej trumny i głośniej płakał.

Odsłonięcie tablicy pamiątkowej ku czci twórcy Targów Poznańskich i prezydenta Poznania Jarogniewa Drwęskiego. W uroczystości wzięli udział przedstawiciele władz miejscowych. Pod tablicą widać wieńce od Magistratu miasta Poznania, dyrekcji Targów Poznańskich, dyrekcji Powszechnej Wystawy Krajowej i Rady Miejskiej; 14 kwietnia 1929 r. Źródło: NAC, sygnatura: 1-M-725.
Prezydenta Drwęskiego pochowano na starym cmentarzu św. Wojciecha na stoku poznańskiej Cytadeli. W 1962 r. pomnik nagrobny dłuta Marcina Rożka przeniesiono na Cmentarz Zasłużonych Wielkopolan. Nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy dokonano wówczas ekshumacji szczątków rodziny Drwęskich, spoczywających na cmentarnym stoku... Fot. A. Piechowiak w zb. MKZ; 1961 r., za: J. Bączyk, A. Bilski, "Na stoku Cytadeli poznańskiej. Przewodnik po cmentarzach", Poznań 2005, s. 22.
Cmentarny stok Cytadeli; widoczne skutki walk o Fort Winiary. W centralnej części fotografii - grobowiec Drwęskich. "Biuletyn Wojskowej Akademii Technicznej," R. IV, maj, 5(49), Warszawa 1955, s. 80.
error: Nie kopiuj, udostępnij! Dzięki!
Skip to content